Atomowe love story

przez | 15 września, 2026

Jak Polacy od 50 lat próbują zbudować elektrownię i wciąż nie wylali ani grama betonu

Pierwsze plany powstały, gdy na księżycu lądował Armstrong. Od tamtej pory zmieniło się wszystko – oprócz jednego: polskiej elektrowni atomowej nadal nie ma.

Nie ma drugiej tak wiernej i długotrwałej miłości w historii Polski. Ona – pierwsza elektrownia jądrowa. My – naród, który od pokoleń składa jej deklaracje, pisze strategie, powołuje spółki-córki, spółki-wnuczki i wysyła jej niezliczone walentynki w postaci ustaw, ale do ołtarza jakoś nigdy nie dochodzi.

Zacznijmy od początku, bo ten początek jest tak odległy, że większość dzisiejszych polityków nie była wtedy nawet w planach.

Akt I: Żarnowiec – czyli jak wydać miliard dolarów na makietę

Koncepcja budowy elektrowni jądrowej w Polsce pojawiła się już w latach 50. ubiegłego wieku. Ale prawdziwa miłość rozkwitła w 1971 roku, kiedy 12 sierpnia podjęto oficjalną decyzję o budowie. Lokalizacja? Malowniczy Żarnowiec, a właściwie okolice wsi Kartoszyno, gdzie miało stanąć cztery bloki z reaktorami WWER-440.

W 1982 roku zapadła decyzja o budowie. Budżet? 44,5 miliarda starych złotych. Plan? Pierwszy blok rusza w 1989 roku, drugi w 1990. Ambitnie, polsko, z przytupem.

Do 1990 roku zainwestowano tam orientacyjnie miliard dolarów. Ważący 230 ton zbiornik reaktora przypłynął do Polski pod koniec 1989 roku. Prace trwały, pieniądze płynęły – a potem przyszedł rząd Tadeusza Mazowieckiego i powiedział: „Dziękujemy, nie skorzystamy”. Budowy zaniechano.

Efekt? Ruiny, które do dziś straszą na Kaszubach. Reaktor nigdy nie wyprodukował ani jednego wat-a. Ale Polacy nauczyli się jednego: wydawanie pieniędzy na atom, który nie powstaje, to nasza specjalność.

Akt II: Lata 90 – cisza, jaka panuje wokół reaktora po wyłączeniu

Po likwidacji Żarnowca w polityce energetycznej zapanowała wokół atomu głucha cisza. Sejm w 1996 roku przyjął założenia polityki energetycznej do 2010 roku – bez elektrowni jądrowych. Zero. Nul. Temat atomu był tak martwy, jak radioaktywny odpad po 100 tysiącach lat.

Nawet gdy w 1999 roku rząd Jerzego Buzka podjął temat, to było to raczej przebudzenie po ciężkim kacu. Temat znów zasnął. I tak trwało do 2009 roku, kiedy to na scenę wkroczył Donald Tusk z wizją, która miała odmienić Polskę.

Akt III: 2009 – premiera, obietnica i 16 lat opóźnienia

13 stycznia 2009 roku. Premier Donald Tusk staje przed kamerami i ogłasza: „Przygotowujemy program budowy elektrowni atomowej. Pierwszy blok ruszy za 11 lat – w 2020 roku”.

To był moment. Polska wreszcie miała mieć atom. Eksperci ostrzegali, że bez tego już na początku lat 20. zabraknie nam prądu. Było poważnie.

Minęło 16 lat. Dziś – po 16 latach od tamtej historycznej zapowiedzi – wiceminister przemysłu w trzecim rządzie Tuska zapowiada, że pierwsza polska elektrownia atomowa zostanie oddana… w 2036 roku.

Tak, dobrze czytacie. Po 16 latach „budowy” mamy 16 lat opóźnienia. To jakby powiedzieć, że idziesz do sklepu po bułki, a po 16 latach wciąż stoisz w drzwiach i mówisz: „Jeszcze tylko 12 lat i będę miał te bułki”.

Koszty w tym czasie wzrosły niemal dwukrotnie. Dziś szacuje się je na około 192 miliardy złotych. Dla porównania – w 2009 roku miało być taniej. Znacznie taniej.

Akt IV: Karuzela kadrowa, czyli czterech prezesów i siedmiu wiceprezesów

By zbudować elektrownię, trzeba mieć ludzi. Polacy mają ich aż nadto – zwłaszcza na stanowiskach prezesów.

Spółka Polskie Elektrownie Jądrowe (PEJ) od 2022 roku miała już czterech prezesów i siedmiu wiceprezesów – jak wynika z doniesień medialnych. To kadrowa rewolucja, która przypomina raczej grę w muzyczne krzesła niż poważne przygotowania do największej inwestycji od 1989 roku.

W marcu 2025 roku odwołano prezesa Leszka Juchniewicza. Na jego miejsce – jako pełniący obowiązki – wszedł Piotr Piela. W lipcu 2025 roku prezesem został Marek Woszczyk. W międzyczasie zmieniła się rada nadzorcza. Zmienił się pełnomocnik rządu do spraw strategicznej infrastruktury energetycznej – od początku 2022 roku funkcję tę pełniło już sześć osób, jedna z nich pozostawała na stanowisku niewiele ponad tydzień.

Tymczasem – jak donosi Onet – w kuluarach spekuluje się o kolejnych opóźnieniach, lobbingu Amerykanów i konkurencji między dużym atomem a SMR-ami. Jeden z rozmówców zwraca uwagę na to, że pewna konferencja „pozwoliła oficjalnie opóźnić proces o kolejne sześć miesięcy”.

Akt V: Umowa EPC – czekamy, czekamy, czekamy

Kluczowa umowa na budowę – tzw. EPC (Engineering, Procurement, Construction) – z amerykańskim konsorcjum Westinghouse-Bechtel wciąż jest negocjowana. Pierwotnie miała być sfinalizowana do połowy 2026 roku. Anegdoty? Westinghouse ostrzegł, że opóźnienie w finalizacji umowy może opóźnić cały projekt.

A jakby tego było mało – w 2027 roku odbędą się w Polsce wybory, które mogą ponownie zmienić układ sił. I ruszy kolejna karuzela. Kolejni prezesi. Kolejni pełnomocnicy. I kolejne opóźnienia.

Zakończenie: Atomowa wieża Babel

Polska chce budować nie jedną, a dwie duże elektrownie jądrowe. I SMR-y. I być może jeszcze jakieś reaktory na Księżycu, bo czemu nie. Tyle że na razie na placu budowy w Choczewie nie wylano ani jednego grama cementu.

W międzyczasie wydaliśmy na przygotowania ponad 900 milionów złotych. Powstała strategia, która zdążyła się zdezaktualizować. Wybrano australijską firmę do badań lokalizacyjnych, z którą zerwano umowę. Powołano spółkę-córkę i dwie spółki-wnuczki, które zdążono już zlikwidować. Do spółki PGE EJ dołączyły trzy koncerny, które zdążyły się z niej wypisać. Powstały dwie strony internetowe o atomie – ostatni wpis na jednej pochodzi z 2018 roku, na drugiej z 2016.

I tak oto, po ponad 50 latach starań, po czterech prezesach, siedmiu wiceprezesach, sześciu pełnomocnikach, jednej zarzuconej budowie i 16 latach opóźnienia, Polska wciąż nie ma atomu.

Ale za to ma 192 miliardy złotych wydatków w perspektywie. Rok opóźnienia to miliardy więcej. Tylko że przy naszym tempie rok opóźnienia to standard, a nie wyjątek.

Polska elektrownia atomowa to jak Święty Graal polskiej energetyki – wszyscy o nim mówią, niektórzy nawet rysują mapy, ale nikt go nigdy nie znalazł. A gdyby jednak – to i tak będzie najdroższa makieta w dziejach ludzkości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.