Dziś w stolicy Niemiec otwarto basen, do którego wstęp mają wyłącznie osoby o czarnej pigmentacji skóry. Reszta może patrzeć przez płot. I płacić za to z własnych podatków.
Gdy w latach 60. ubiegłego wieku Martin Luther King marzył o świecie, w którym jego dzieci będą oceniane nie po kolorze skóry, a po charakterze, raczej nie spodziewał się, że kilkadziesiąt lat później w Berlinie powstanie publiczny basen, gdzie właśnie kolor skóry będzie jedyną przepustką. Pół miliona euro z miejskiej kasy, trzydzieści metrów długości, głębokość 1,30 m i zero białych. Rewolucja! Tyle że w odwrotną stronę.
Woda równa, ale nie dla wszystkich
Cała historia zaczęła się niewinnie. Przed teatrem Volksbühne stanął tymczasowy basen – miało to być letnie, antykomercyjne miejsce spotkań, dar dla spragnionego miasta, które boryka się z brakiem pływalni. Mieszkańcy mieli się chłodzić, relaksować, zapominać o tym, że Berlin pęka w szwach od imigrantów, a kolejki na basenach przypominają te pod sklepami z luksusową odzieżą w czasach PRL.
I wszystko było pięknie, dopóki w programie nie pojawiła się adnotacja: „W dniu 14 sierpnia, w godzinach 12.00–18.00, łaźnia publiczna jest otwarta wyłącznie dla społeczności czarnoskórych”. Reszta – biali, Azjajatki, kosmici z Marsa – może przyjść innego dnia. Albo nie przyjść wcale.
Organizatorzy, wspierani przez państwową organizację pozarządową EOTO (Każdy uczy każdego), tłumaczą, że chodzi o „przestrzeń bezpieczną”. Bo czarni w Berlinie mają podobno tak ciężko, że nawet pluskanie się w basenie w towarzystwie białych jest dla nich formą traumy. I trzeba ich przed tą traumą chronić. Oczywiście kosztem podatników, którzy finansują zarówno basen, jak i całą tę inkluzywną inżynierię społeczną.
Segregacja 2.0 – dekolonizacja wody czy zwykły fikołek?
Ktoś mógłby zapytać: czy to nie jest przypadkiem rasizm? Owszem, jest. Tyle że w nowomowie współczesnych kapłanów politycznej poprawności nazywa się to „inkluzywnym wykluczeniem” lub „sprawiedliwością melaninową” („wzmacnianiem tożsamości” albo „tworzeniem bezpiecznych przestrzeni”). Jak powiedziała mi pewna działaczka (cytuję z przekąsem): „Nie można być rasistą wobec białych, bo to nie jest systemowa dyskryminacja”. No jasne. Bo jak się płaci z publicznych pieniędzy, żeby wykluczać ludzi ze względu na certyfikowany odcień skóry, to to nie jest systemowe. To jest progresywne.
Przypomina to trochę stare, dobre czasy Jima Crowa w Ameryce, tyle że z odwróconymi znakami. Kiedyś białe dzieci chodziły do szkół tylko dla białych. Dziś czarne dzieci mają swoje warsztaty i baseny. I jedno, i drugie jest finansowane z państwowej kiesy. Różnica taka, że dziś nie nazywa się tego segregacją, tylko emancypacją z dopłatą z budżetu. A wszyscy, którzy mają czelność się temu sprzeciwiać, są wyzywani od rasistów.
Niemcy, kraj, który z historii wyniósł lekcję, że segregacja to zło, dziś wciska nam tę postępową segregację jako europejską wartość nadrzędną. I robi to przy ogłuszającym aplauzie lewicowych mediów.
To nie jest odosobniony przypadek
Gdybyście myśleli, że berliński basen to wyskok niesfornych artystów, to jesteście w błędzie. W Niemczech tego typu akcje to już niemal standard.
- W 2023 roku muzeum przemysłu w Dortmundzie wprowadziło sobotnie godziny tylko dla BIPoC (Black, Indigenous, People of Color). Ekspozycja „To jest kolonialne” miała być „bezpieczną przestrzenią”, gdzie biali nie będą przeszkadzać w historycznym procesie samobiczowania (doświadczaniu krzywdy).
- W maju 2025 roku Kościół Ewangelicki zorganizował warsztaty „Bądź odważny i silny” – ale tylko dla czarnych, tubylczych i kolorowych dzieci. Białe dzieci nie miały wstępu, bo przecież one są „uprzywilejowane”. Może faktycznie są, ale chyba nie wtedy, gdy nie mogą wejść na warsztaty finansowane z ich własnych podatków.
- Na początku tego roku organizacja „Czarne Owce” (finansowana z budżetu) zaprosiła białych na kurs za 2290 euro, gdzie mieli rozliczać się ze swojego „rzekomego przywileju”. Teraz za te pieniądze można sobie kupić nowy basen. I tak też zrobiono – zgodnie z zasadą, że za błędy przodków płaci się gotówką w kasie biletowej.
Podsumowanie: Kto tu jest ofiarą?
Berlińscy podatnicy, którzy akurat nie załapali się na jedynie słuszną pigmentację (nie są czarni), mogą dziś pomachać zza ogrodzenia. Na wejściówkę online zarejestrowało się tylu chętnych, że basen pęka w szwach. I to jest największy absurd: ta separacja nie służy rzeczywistej integracji, tylko pogłębia podziały. Tworzy dwie prędkości obywatelstwa: jedna dla uprzywilejowanych białych, druga dla poszkodowanych czarnych.
I podczas gdy politycy mówią o walce z rasizmem, to sami fundują nowy, świeży, dobrze opłacany rasizm z certyfikatem jakości. Tylko że tym razem ofiarami są biali. I widać, że to nikomu nie przeszkadza.
Obywatelu, jeśli jesteś biały, pamiętaj: twoje podatki idą na to, byś mógł z podziwem oglądać zza płotu, jak za Twoje pieniądze dekolonizuje się berlińską wodę (byś mógł oglądać pluskających się czarnych przez monitoring). Może następnym razem zamiast basenu postawią ścianę z napisem: „Tylko dla wybranych”? A ty, biały człowieku, idź do pracy bo ktoś musi zapłacić za tę przyjemność.
