Wyrok jak z Monty Pythona, czyli jak wygrać proces i… zapłacić za to więcej

Polskie sądownictwo po raz kolejny udowodniło, że logika jest przereklamowana, a poczucie humoru – najwyraźniej obowiązkowym elementem procedury cywilnej. Oto bowiem zapadł wyrok w głośnej (?) sprawie między Wojciechem Roszkowskim, autorem podręcznika do przedmiotu Historia i Teraźniejszość, a minister edukacji Barbarą Nowacką. I choć Roszkowski proces wygrał, to – jak przystało na kraj nad Wisłą – głównie… zapłaci za to z własnej kieszeni.

Brzmi absurdalnie? Spokojnie. To dopiero początek.

Wygrana, która smakuje jak porażka

Sąd Okręgowy w Warszawie uznał, że minister edukacji Barbara Nowacka naruszyła dobra osobiste profesora, mówiąc, że „na każdej stronie” jego podręcznika do HiT znajduje się kłamstwo. W związku z tym Nowacka ma opublikować przeprosiny na kanale Platformy Obywatelskiej na YouTube.

Czyli: Roszkowski miał rację. Jego dobre imię zostało naruszone.

Ale w polskim systemie sprawiedliwości nie ma nic za darmo – nawet racji.

Profesor domagał się przeprosin i 512 tys. zł odszkodowania (po 1000 zł za każdą stronę podręcznika). Sąd uznał jednak, że pieniądze się nie należą. Co więcej, w ramach rozliczenia kosztów procesu Nowacka ma zapłacić Roszkowskiemu… 1,3 tys. zł.

Natomiast Roszkowski musi zapłacić Nowackiej… 10,8 tys. zł.

Tak, dobrze czytacie.

W matematyce szkolnej oznaczałoby to mniej więcej tyle, że jeśli ktoś wygrał mecz 3:1, to powinien oddać przeciwnikowi puchar i dopłacić za wynajem boiska.

Licentia poetica, czyli sąd spotyka retorykę

W trakcie procesu minister Nowacka tłumaczyła, że jej słowa o „kłamstwie na każdej stronie” były jedynie figurą retoryczną – tak zwaną licentia poetica. Innymi słowy: nie należy jej brać dosłownie.

To ciekawy moment dla polskiego życia publicznego. Okazuje się bowiem, że polityk może powiedzieć o czyjejś pracy naukowej, że cała jest kłamstwem, a potem wyjaśnić, że to poezja.

Sąd przyznał Roszkowskiemu rację co do naruszenia dóbr osobistych, ale najwyraźniej uznał też, że poezja jest kosztownym hobby – szczególnie dla osoby, która została nią obrażona.

Logika procesu cywilnego

Wyrok ten pokazuje, że w polskim sądownictwie istnieje niezwykle subtelna filozofia sprawiedliwości.

Można ją streścić następująco:

  1. Jeśli ktoś cię obrazi publicznie – możesz mieć rację.
  2. Jeśli masz rację – sąd to potwierdzi.
  3. Jeśli sąd to potwierdzi – przeciwnik przeprosi.
  4. Ale jeśli chciałeś również odszkodowania, które sąd uzna za zbyt wysokie – zapłacisz więcej niż dostaniesz.

Innymi słowy: w polskim sądzie można wygrać sprawę i przegrać rachunek.

Idealna lekcja dla uczniów HiT

Cała sprawa jest zresztą doskonałą lekcją do przedmiotu Historia i Teraźniejszość.

Pokazuje bowiem uczniom, jak w praktyce funkcjonują instytucje państwa:
można zostać publicznie oskarżonym o kłamstwa, udowodnić w sądzie, że to nieprawda, a następnie zapłacić przeciwnikowi pięciocyfrową kwotę za przywilej dochodzenia sprawiedliwości.

Trudno o bardziej żywą ilustrację współczesnej rzeczywistości.

Sądowy Monty Python

Cała sytuacja przypomina nieco scenariusz skeczu: bohater przychodzi do sądu po sprawiedliwość, sąd przyznaje mu rację, po czym wystawia mu rachunek.

Można wręcz wyobrazić sobie dialog w stylu:

— Gratulujemy, wygrał pan proces.
— Wspaniale!
— Prosimy zapłacić 10 800 zł.

I tak oto polskie sądownictwo po raz kolejny pokazuje, że jest instytucją niezwykle kreatywną. Bo o ile sprawiedliwość bywa ślepa, o tyle w Polsce potrafi też być ironiczna.

A profesor Roszkowski może dziś powiedzieć jedno: wygrał proces.

I zapłacił za to całkiem sporo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.