Ktoś grozi komendantowi policji, podpisując się cudzym nazwiskiem. Ktoś podrzuca broń przypadkowemu instruktorowi z internetu. Ktoś zakłada maile, których nikt nie sprawdza, bo „był długi weekend”. I wychodzi na to, że za wszystko odpowiada dziennikarz, który akurat tropił afery wpływowych polityków. Przypadek? Nie w tym kraju.
Czytaj uważnie – to może być twój los, jeśli zajrzysz za daleko
Wyobraź sobie: jesteś dziennikarzem śledczym. Tropisz przekręty. Krok po kroku rozliczasz polityków, doradców, prezesów spółek. Nagle ktoś napada cię w biały dzień, grozi nożem i mówi, że masz 7 dni na opuszczenie kraju. Dzwonisz na policję, zgłaszasz wszystko. Jakiś czas później na portalu X informujesz o swoim lęku, że pewnego dnia obudzisz się z nożem w brzuchu, a policyjny komunikat będzie brzmiał: „Depresja. Samobójstwo. Nikt nie winien”.
Kilka dni później dostajesz od poznanego w sieci „instruktora” broń. Bo czujesz się zagrożony. Rozsądne? Może.
No i lądujesz w areszcie na trzy miesiące.
Witamy w Polsce rządów prawa – ale takiego, które akurat w tym przypadku działa szybciej niż ekspres do kawy.
Poszlaki, czyli dowody jak z bajki
Sprawa Leszka Kraskowskiego to gotowy scenariusz do filmu sensacyjnego. Jest w nim wszystko:
- mail z pogróżkami wysłany z konta proton.me, którego Kraskowski nigdy nie używał,
- pistolet Bruni Modi, który jeszcze kilka lat temu był legalny, a dziś – podpada pod nowe przepisy,
- tajemniczy „instruktor strzelectwa spod Radomia”, który pojawia się jak dżin z butelki akurat w dniu zatrzymania,
- i metadane, których nie przebadano, bo prokuratorzy mieli chyba ważniejsze sprawy – może układanie puzzli? A może trzeba było szybko zamknąć dziennikarza, zanim dotrze do kolejnych nazwisk?
Najlepsze jest jednak to, że prokuratura nie ma pewności, czy to Kraskowski wysłał maila. Żadnego dowodu. Zero. Tylko poszlaki.
Czyli: adres mailowy z jego nazwiskiem, znajomość sygnatury sprawy (którą mogli znać świadkowie) i zdjęcie broni (które zrobił komuś, kto broń oddał).
Wyobraźmy sobie sąd, który działa na tej zasadzie:
„Panie sędzio, mamy poszlaki. Pan Kowalski ma na imię takie samo jak nadawca maila. I kiedyś kupował wędkę. Więc to on musiał ukraść złote rybki z akwarium w urzędzie miasta. Areszt na trzy miesiące!”
Długi weekend – wymówka idealna
Prokurator Skiba (szkoda, że nie dobosz) tłumaczy w mediach, że nie można było zbadać metadanych maila, bo… no wiecie, był długi weekend. No tak, przecież w Polsce państwo działa tylko od poniedziałku do piątku, w godz. 8-16, z przerwą na kawę i ogórkowy.
A jak już wyślą wniosek do Szwajcarii (bo Proton to Szwajcaria, a tam mają swoje zasady), to może za pół roku dowiemy się, że maila wysłał ktoś inny. Albo że konto założono z kafejki internetowej na drugim końcu Warszawy. Tyle że Kraskowski przez te pół roku posiedzi w areszcie.
Ale kto by się przejmował? To tylko dziennikarz. Taki, który tropił aferę Polnordu. Taki, który zaglądał do skrzynki mailowej Romana Giertycha. Taki, który pisał o „kubusiowym” systemie w NIK. Zwykły wariat, prawda?
Napad, instruktor z bronią i inne zbiegi okolicznościJeśli wierzyć w przypadku – to Kraskowski jest najbardziej pechowym człowiekiem w Polsce.
- 23 maja napada go nieznany mężczyzna z nożem. Grozi, że go „wyjebie” do Albanii.
- Kilka dni później zgłasza to na policję. Dzielnie.
- 6 czerwca, kilka godzin przed zatrzymaniem, dostaje broń od „instruktora”, którego poznał w sieci. Bo czuł się zagrożony. I – uwaga – od razu z tą bronią jedzie na zakupy do Auchan.
I to właśnie wtedy policjanci go zatrzymują. Nie wcześniej. Nie później. Dokładnie wtedy, gdy akurat ma w aucie „nielegalną” włoską strzelbę.
A pytanie z cyklu: czy ktoś, kto wysłał dwie godziny wcześniej maila z groźbą zastrzelenia komendanta policji, pojechałby spokojnie na zakupy, a potem – widząc, że ma „ogon” – skierował się prosto na komisariat?
No chyba, że to był genialny plan. Albo wręcz przeciwnie.
Jak działa państwo Tuskdojcza – instrukcja obsługi
Krok 1. Zatrzymaj dziennikarza, który publikuje niewygodne materiały.
Krok 2. Oprzyj zarzuty na poszlakach, dowodów nie zbieraj – po co się śpieszyć?
Krok 3. Nie wyznaczaj obrońcy z urzędu. Niech w areszcie posiedzi sam przez kilka dni.
Krok 4. Sugeruj w mediach, że „może jest chory psychicznie”. I „zaniechał leczenia”.
Krok 5. Wykorzystaj konflikt z żoną, żeby „osobą przybraną” podczas przeszukania uczynić właśnie ją. Czy to zgodne z prawem? A kto by to sprawdzał?
Krok 6. Gdy dziennikarz prosi o pomoc, olej go.
I voilà! Mamy trzymiesięczne aresztowanie. Cel osiągnięty. Dziennikarz zamknięty, afery się nie rozwijają. Wszyscy mogą spać spokojnie.
Gdzie są ci, którzy mieli bronić prawa?
Tymczasem w Sejmie, w mediach publicznych, w rządowych gabinetach – cisza. Żadnych pytań. Żadnych komisji śledczych. Żadnych oburzonych posłów.
Bo jakże to – dziennikarz, który krytykował obecną ekipę? To on jest winny. Przecież to proste.
Pamiętamy czasy, gdy poprzednia władza załatwiała wrogów politycznych – też przez sądy, też przez prokuraturę, też na poszlaki. Teraz przyszła nowa ekipa, ale zasada jest ta sama: niewygodnych się izoluje.
Tyle że zamiast „dobrej zmiany” mamy „dobrą zmianę w areszcie”.
Morał na dziś
Jeśli jesteś dziennikarzem i akurat tropisz afery wpływowych polityków – szykuj walizkę. Nie do Albanii, bo tam podobno już Cię wyślą. Ale może do Szwajcarii? Tylko uważaj – tam też są maile Proton.
Tylko nie pytaj, kto podrzuci Ci broń.
I nie licz na pomoc państwa, które tak naprawdę nie ma zamiaru Cię chronić. Ono ma zamiar Cię zamknąć.
A jeśli myślisz, że to przegięcie, przesada, teoria spiskowa – to poczekaj. Może właśnie przeglądasz ten artykuł, a za chwilę zapuka do Ciebie ktoś z „instruktorem strzelectwa” i miłym listem od prokuratury.
„Długi weekend” – pamiętaj. To zawsze dobra wymówka.