BSA szacuje, że straty producentów oprogramowania spowodowane rozpowszechnianiem nielegalnego oprogramowania poprzez sieci BitTorrent oraz P2P wyniosły w pierwszej połowie 2009 r. prawie 1 mld USD.
Oto cytat z dzisiejszego artykułu na portalu chip.pl. Ta ciemniejsza masa zjadaczy internetu od razu pomyśli: „ci piraci to zło wcielone, zwyrodnialcy powinni zostać wykastrowani lub powieszeni za lewe jajco w samym centrum miasta tudzież wsi”.
Wszystko pięknie i ładnie, BSA została powołana do ochrony interesów producentów oprogramowania. I jak tylko może to je chroni. Za wszelką cenę. Po trupach.
Zawsze mnie zastanawiał jeden fakt. Statystyk mówiących o tym, że producenci oprogramowania na pirackim procederze tracą krocie jest mnóstwo. Każdy artykuł o tym traktujący jest nagłaśniany i umieszczany na pierwszych stronach gazet. Tytuł jest pisany wyraźnie grubszą czcionką, żeby przypadkiem nikt go nie przegapił. Stoją za tym grube miliony dolarów. Miliony, które najpierw użytkownicy wydają, żeby zakupić oprogramowanie. Niestety, z drugiej strony, opracowań mówiących ile to pieniędzy producenci oszczędzają na reklamie próżno szukać. Jeśli tylko jakaś uczelnia pokusi się o takie dzieło, jest to albo gaszone w zarodku, albo wrzucane malutkim drukiem gdzieś pośród ogłoszeń o przedłużaczach do penisów czy informacji o pogodzie w Burkina Faso (dawniej Republika Górnej Volty).
Nie twierdzę, że piractwo komputerowe jest złe. Wręcz przeciwnie, jestem jego przeciwnikiem (jednocześnie będąc oddanym sługą ruchu GNU mam ten problem z głowy). Tak samo jednak jestem przeciwnikiem demonizowania tego problemu za wszelką cenę. Widać, gdzie jest kasa i kto ma siłę lobbować na rzecz odpowiedniego traktowania pewnych przestępstw. Państwo chroni wielkie korporacje, które srają pieniędzmi, a osoby prywatne, które to generują większość przychodu do państwowej kasy, ma głęboko w dupie. A dlaczego? Bo politycy mają zaspokojone własne bieżące potrzeby przez te właśnie wielkie korporacje. Dlaczego policji nie chce się ścigać kretynów, którzy robią durne i upierdliwe kawały posiadaczom komórek (ostatnio dość popularny proceder)? Dlaczego policja boi się spuścić wpierdol bandytom stadionowym? Dlaczego niewinni policjanci giną włażąc na miny wokół chałupy mafiozów i nikt za to nie beka?
Ale za to mamy szumne artykuły prasowe o „zniszczeniu zagłębia piractwa”, czy „zamknięciu nielegalnej produkcji płyt na akademikach” (w tym samym czasie na drogach ginie kilkanaście osób, potrąconych przez pijanych skurwieli za kierownicą). I można puścić w „Wiadomościach” relację, jak to piękna Maryla R. wręcza dzielnym policjantom złote blachy (na groby zabitych w tym czasie niewinnych ludzi nikt, oprócz rodziny, kwiatów nie zaniesie).
A tymczasem, likwidując płotki, nie rozwiązuje się wcale problemu. Płotki są po to, żeby nikt policji nie skopał tyłków i żeby rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji mógł, pokazując pełną, białą klawiaturkę uzębienia, mógł poszczycić się kolejnym sukcesem w mediach. Natomiast prawdziwa machina piracka (ta o zasięgu międzynarodowym) kręci się dalej, ma się dobrze i nie obawia się działań skierowanych przeciwko sobie.
Wracając jednak do tematu używania pirackiego oprogramowania powiem, że jestem święcie przekonany, iż sporo użytkowników nielegalnego oprogramowania w pewnym momencie zaczyna za nie płacić. Owszem, nie zapłacą szczyle z podstawówki, bo niby czym? Dupy dawać mają? No, może jakby te programy sprzedawała jakaś miła, ładna i młoda dziumdzia z dużymi cyckami, to sam bym się zgłosił, żeby za tych smarków zapłacić. W pewnym jednak momencie wyrasta się, mądrzeje i pewne rzeczy nabierają innego sensu. Zaczyna się zarabiać i zaczyna się inaczej myśleć o konieczności płacenia za pewne rzeczy. Także za oprogramowanie. Taki wyrośnięty szczeniak, który za młodu używał pewnych programów, albo poszuka ich darmowych alternatyw, albo kupi płatne wersje. Powiem więcej, rozreklamuje dobre choć płatne programy pośród swoich znajomych, którzy też je kupią. Czy za to któryś z producentów softu im zapłaci? Czy te opasłe kurwy w coraz to nowszych limuzynach odwdzięczą się tym ludziom za darmową reklamę? Reklamę, którą świadczy się im codzienne, 24 godziny na dobę, 365 (a czasem nawet 366) dni w roku? Tu z całą pewnością powiem: NIE. Ci ludzie nie zobaczą za to ani centa. Wręcz przeciwnie, będzie się o nich mówić piraci, złodzieje, bandyci (w czasie kiedy to piszę, paru ludzi dostało nożem pod żebra – władze mają to w dupie) i zwyrodnialcy. To firmy produkujące oprogramowanie nas okradają, to my jesteśmy waleni przez nie w dupę bez wazeliny. I zamiast słowa dziękuję, mamy więzienia i straszenie policją.
Dlatego jestem zwolennikiem otwarto-źródłowego oprogramowania i nikt mnie nie przekona, że za programy trzeba płacić. Żeby dodać powagi moim słowom dodam, że sam zarabiam na pisaniu oprogramowania.