Koniec z patologiami? Tylko głupiec wierzył, że będzie inaczej?
Miało być rewolucyjnie. Miał być koniec z haraczami, procedurami za procent i dyżurami, które trwają dłużej niż kadencja Sejmu. Miał być porządek. Wyszło jak zawsze – reforma odłożona na półkę, lekarze zadowoleni, a pacjent dalej czeka. I płaci.
Pamiętacie lipiec? Donald Tusk wściekał się jak osa w słoiku po ujawnieniu afery w Szpitalu Południowym. Młody lekarz, radny KO, w jednym roku przepracował rzekomo 3976 godzin, tyle że znaczna część tego czasu upłynęła mu na występach w TVP i chwaleniu Rafała Trzaskowskiego. Premier obiecywał, że będzie pilnował „każdej godziny i każdego dnia”. Miał być termin: początek września.
No i jest początek września. I jest nowy termin: za rok. Albo dwa. Albo nigdy. Zależy od wyborów.
Jak to miało być pięknie
Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda przygotowała reformę, która miała przywrócić zdrowy rozsądek do systemu:
- maksymalna stawka na kontrakcie – 240 zł brutto za godzinę,
- miesięczne wynagrodzenie z publicznej kiesy – maksymalnie 77 tys. zł brutto,
- maksymalnie dwa etaty w publicznym systemie,
- obowiązek rzetelnego raportowania czasu pracy,
- zakaz wynagradzania procentem od wartości zabiegu.
Premier, dodając otuchy lekarzom, którzy straszyli ucieczką z systemu, stwierdził: „Biedy nie ma”. I rzeczywiście – przy 77 tysiącach miesięcznie trudno mówić o biedzie. Chyba że jest się przyzwyczajonym do 200 tysięcy.
Jak wyszło
A wyszło tak, że szef samorządu lekarskiego Łukasz Jankowski oznajmił na zamkniętej grupie (tak zamkniętej, że wszystko z niej wycieka): „Jeszcze żaden rząd nie wygrał z lekarzami”.
I miał rację. Rząd Tuska też nie wygrał. Zamiast wdrażać reformę, minister zdrowia poinformowała, że resort „wsłuchał się w głosy środowiska”. Efekt? Nowa ustawa wejdzie w życie… za 12 miesięcy. Co w praktyce oznacza, że najwcześniej będzie to końcówka 2027 roku. Czyli po wyborach.
A po wyborach – jak wiemy – wszystko może się zdarzyć. Nowy rząd, nowi ministrowie, nowe obietnice. I znów zaczniemy od początku.
Tarcza z pacjenta
W całym tym sporze pacjent ma jedną, niezastąpioną rolę – tarczy balistycznej. Rząd mówi o bezpieczeństwie pacjentów, lekarze mówią o bezpieczeństwie pacjentów, dyrektorzy szpitali też mówią o bezpieczeństwie pacjentów.
Tylko że ten pacjent wciąż czeka w kolejce. I czyta w smartfonie o lekarzach zarabiających 200 tysięcy miesięcznie, którzy boją się, że limit 77 tysięcy zniszczy polską ochronę zdrowia.
Filozofia rządzenia po polsku
Rząd Tuska właśnie zademonstrował swoją ulubioną filozofię rządzenia:
- Wybucha afera – jesteśmy twardzi, stanowczy, nieugięci.
- Kamery odjeżdżają – wchodzimy w „dialog z ekspertami”.
- Środowisko protestuje – wstrzymujemy reformę.
- Wybory się zbliżają – przeczekujemy temat.
I tak oto zamiast uporządkować patologie, które sami nazwaliśmy „skandalem”, odłożyliśmy wszystko na półkę. Bo przecież nie można zrazić sobie lekarzy przed wyborami. Lepiej zrazić pacjentów – oni i tak nie mają alternatywy.
P.S. Premier Tusk powiedział w lipcu, że będzie pilnował „każdej godziny i każdego dnia”. Jeśli rzeczywiście dotrzyma słowa, to przed nim wyjątkowo długi dyżur. Aż do 2027 roku. Ale coś czuję, że tym razem też mu się nie uda.


