„Zielone Wzgórze” nad Wisłą, czyli jak zalać biznes suchą nogą. Afera po dolnośląsku.

Czy to powódź, czy może jednak „powodzianka”?

Gdy we wrześniu 2024 roku Dolny Śląsk tonął, a strażacy liczyli ofiary i interwencje, w Dziwiszowie pod Jelenią Górą działy się rzeczy, które przeszłyby do annałów magii gospodarczej, gdyby nie to, że są po prostu skandaliczne. Woda opadła, ale z kranów pomocy publicznej nadal leje się złoto, szczególnie tam, gdzie wiceprezesem agencji rozdającej pieniądze jest pani Anna Konieczyńska (KO), a jej mąż, sąsiad i znajomy z lokalnej telewizji nagle stają się „powodzianami” roku.

Wszystko kręci się wokół Karkonoskiej Agencji Rozwoju Regionalnego (KARR), czyli instytucji, która ma 99,99 proc. akcji w rękach samorządu, a 100 proc. serca w rękach polityków. Gdy trzeba było ratować firmy po powodzi, KARR stanęła na wysokości zadania. Szkoda tylko, że niekoniecznie weryfikując, czy wodę w ogóle widziano. Ale po kolei.

Akt I: Scena na wzgórzu

Piotr Konieczyński, aktor teatralny i mąż wspomnianej wiceprezes, prowadzi pensjonat „Zielone Wzgórze”. Nazwa nie wzięła się z przypadku – obiekt faktycznie stoi na wzniesieniu. Idealne miejsce, by uniknąć wielkiej wody. I rzeczywiście – woda uniknęła go w 2024 roku, co potwierdzają satelity, straż pożarna i Wody Polskie.

Nie przeszkodziło to jednak panu Konieczyńskiemu, który w lipcu 2025 roku (prawie rok po powodzi!) zgłosił się do gminy po zaświadczenie o zniszczeniach. Co ujrzała urzędnicza komisja? Pęknięte płytki na tarasie, wytarte fugi i „liczne pęknięcia tynków” na balkonie na piętrze. To tam, gdzie woda z gruntu nawet nie sięga. Wygląda to raczej na „zużycie budynku” niż „kataklizm”, ale gmina Jeżów Sudecki, widząc nazwisko, wydała zaświadczenie. Błyskawicznie, bo aż dziesięć miesięcy po fakcie.

Efekt? 200 tysięcy złotych pożyczki z KARR wpływa na konto. Wszystko „bez konfliktu interesów”, bo wiceprezeska Anna „nie miała nic wspólnego” z decyzją. Oczywiście, nie miała. Tylko wspólność majątkową z mężem, kontrakt z wójtem (któremu przegrała wybory) i biurko w tej samej firmie, która rozdaje pieniądze. Ale to szczegół.

Akt II: Sala zabaw w lesie

Gdyby historię pana Piotra można było uznać za nieporozumienie, to kolejny rozdział tej powodziowej komedii pomyłek to epopeja spółki „Kadalore” – sąsiada państwa Konieczyńskich. Firma, której profil to głównie usługi leśne i tartak, dostała z KARR… 3,2 miliona złotych. Na co? Na zalanie… sali zabaw dla dzieci.

Haczyk jest taki, że:

Nieruchomość z salą zabaw leży 340 metrów od najbliższej wody zmapowanej przez satelity.

W tym samym budynku sklep „Społem” nie dostał ani złotówki, bo… nie został zalany.

Pożyczka na 3 mln zł figuruje w rejestrze pod kodem „usługi leśne”. Czy w lesie też mają huśtawki? Niestety, nie wiadomo.

Aby dopełnić obrazu „godności zaufania publicznego”, większościowy udziałowiec „Kadalore” ma na koncie wyroki sądowe, w tym świeży (z 2026 roku) za spowodowanie obrażeń ciała. Na pytania dziennikarzy odpisywał obraźliwymi wiadomościami. Klasa sama w sobie.

Akt III: Telewizja, która nie widziała wody

Na deser mamy spółkę „Dami”, czyli właściciela lokalnej telewizji, która od lat żyje z umów z samorządem województwa (czytaj: z tymi samymi ludźmi co KARR). Firma dostała ponad 1,12 mln zł na zalanie swojej dawnej siedziby przy ul. Kilińskiego.

Tyle że:

Straż Pożarna nie ma zgłoszenia.

Satelity nie widzą wody.

Zdjęcie z Facebooka (jedyny „dowód”, jaki udało się uzyskać) pokazuje, że woda zatrzymała się przed budynkiem telewizji.

Spółka tłumaczy, że w środku woda sięgała metra, ale na prośbę o zdjęcia odpowiada ciszą. Może zalało im archiwum? A może po prostu nie ma czego pokazać.

Wielki finał: Kto tu jest naiwny?
Cała ta operacja miała miejsce już po tym, jak pani Konieczyńska zasiadła w zarządzie KARR. Co więcej, Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) przyznaje, że dla pożyczki dla „Dami” nie ma nawet kopii wymaganej deklaracji bezstronności. Po prostu jej nie było. Albo zaginęła. Takie rzeczy się zdarzają przy milionowych przelewach, prawda?

Prezes KARR, Hubert Papaj, broni się jak może: „To jest pana opinia”, „Agencja działa na podstawie zaświadczeń” – zaświadczeń, które gmina Jeżów Sudecki wydaje „uproszczoną procedurą”, bez dowodu na związek z powodzią. Czyli wystarczy chcieć i mieć dobre znajomości?

Epilog: Pani Minister wzywa, CBA sprawdza

Po artykule Wirtualnej Polski minister Michał Jaros przetarł oczy i rozesłał pisma do gmin z pytaniem: „Co wy właściwie uznaliście za powodź?”. Centralne Biuro Antykorupcyjne również „prowadzi czynności”. Cóż, nie trzeba być jasnowidzem, by przewidzieć, że wątek „pękniętych płytek” i „sali zabaw w lesie” stanie się kanwą dla kolejnych kontroli.

Narracja obozu rządzącego o „skutecznym rozdawaniu pomocy” rozbija się o rzeczywistość, gdzie 4,5 miliona złotych trafiło do trzech firm z jednej wsi, w której wodę widziało się chyba tylko w kranie. Piętno tej afery nie polega na tym, że ktoś pomógł znajomym – to w polityce niestety norma. Piętno polega na tym, że zrobiono to z tak kuriozalnym brakiem pokory, myśląc, że nikt nie sprawdzi, gdzie kończy się woda, a zaczyna bezczelność.

PS. Jeśli szukacie noclegu, „Zielone Wzgórze” poleca pobyty już od 30 zł. Tylko uważajcie na pęknięte płytki – według wyceny rzeczoznawcy mogą być warte 200 tysięcy. I koniecznie weźcie kalosze, bo choć woda tam nie dotarła, to pieniądze leją się strumieniami.

Rekordzista w kręceniu „Sorów”: 1,6 miliona za bycie w telewizji, na radzie i czasem w szpitalu

Polska rządzi się prostą zasadą – kto ma znajomości, ten ma spokojną głowę i gruby portfel. Najnowszy przykład? Młody, 28-letni lekarz i radny Koalicji Obywatelskiej, który odkrył sposób na łączenie polityki, telewizji i medycyny w jeden, dochodowy biznes. Efekt? 1,6 miliona złotych w rok. Gdy zwykły pielęgniarz liczy nadgodziny do końca miesiąca, pan radny… zarabia więcej niż prezes PKN Orlen.

Oto Dawid Kacprzyk. Nazwisko brzmi niepozornie, ale osiągnięcie – już nie. Pan Dawid jest koordynatorem SOR. Piękna funkcja, odpowiedzialność jak na skrzydłach F-16. Tyle że według dokumentacji – pełni dyżury 331 godzin średnio w miesiącu. Czy to w ogóle możliwe? Matematyka mówi, że doba ma 24 godziny. 331 godzin to ponad 13 dni non stop. Ale kto by się tam przejmował arytmetyką, gdy uruchomi się kreatywną księgowość czasu.

Dziennikarze portalu Zero (podobno tacy wścibscy) zajrzeli do grafików i dokumentów. Okazało się, że pan Dawid ma talent do teleportacji. W kwietniu, według szpitalnego systemu, pracuje na całodobowym dyżurze. W rzeczywistości? Jest gościem TVP3 Warszawa. Może zdalnie reanimował pacjentów przez ekran telewizora? Albo pełnił dyżur… w przerwie na reklamy?

W lutym wypada mu zmiana w szpitalu, a tu niespodzianka – spotyka się z marszałek senatu. W czerwcu dokumenty mówią „SOR”, realia – posiedzenie rady dzielnicy. Najlepszy jest jednak 96-godzinny dyżur z kwietnia (od 11 do 15). Cztery doby z rzędu. „Bez przerwy” – podkreślmy. Wedle wiedzy medycznej, po 48 godzinach bez snu lekarz powinien mieć halucynacje. A pan Dawid? Po 96 godzinach najwyraźniej szykował się do sesji rady. Może wynalazł lek na bezsenność? Albo po prostu w polskiej ochronie zdrowia czas płynie inaczej.

Oczywiście nie ma się co czepiać. Poprzednia ekipa rządząca też kochała „swojaków”. Oni mieli swoich koordynatorów ds. kruszyw i zaprzyjaźnionych księży. Nowa ekipa pokazuje, że w nepotyzmie zachowuje ciągłość władzy. Tyle że za PiS znajomy królika (choć niektózy powiedzieliby „Kaczora”) brał faktury za maseczki, a dziś znajomy królika (w sumie – też można powiedzieć „Kaczora”) bierze pieniądze za dyżury, na których… go nie ma.

Najbardziej wzruszający jest fakt, że 28-latek nie ma jeszcze specjalizacji. Dopiero planuje zostać anestezjologiem. Ale koordynatorem SOR już jest. Zupełnie jakby ktoś dostał tekę ministra finansów, bo dobrze wypełnia PIT. System? Kasta? Kartel? Nie, po prostu kombinowanie – nie świństwo.

Polaków zastanawia jedno: skoro można zarobić 1,6 miliona, pracując 331 godzin miesięcznie (w papierach) i będąc jednocześnie w telewizji, na radzie i na kawie z marszałek – to po co zwykły lekarz ma brać po 20 dyżurów za 8 tysięcy na rękę? Po co pielęgniarki protestują? Przecież wystarczy zostać radnym Koalicji Obywatelskiej w dzielnicy Ursus i trafić na dobry grafik.

Obywatele, nie marudźcie. Wy pracujecie na L4. Oni zarabiają na SOR-ach, na które nie muszą przychodzić.

A krytycy niech pamiętają: poprzednicy też tak robili. Tylko mniej zgrabnie to maskowali. Różnica jest taka, że dziś nepotyzm zmienił adres – ale portfel pozostał ten sam. I z tego właśnie śmiejemy się przez łzy, płacąc składkę zdrowotną. Na dobranoc – czy ten artykuł ktoś rozliczy jako dyżur w szpitalu? Bo jeśli tak, to też chcę 1,6 bańki.

Wyrok jak z Monty Pythona, czyli jak wygrać proces i… zapłacić za to więcej

Polskie sądownictwo po raz kolejny udowodniło, że logika jest przereklamowana, a poczucie humoru – najwyraźniej obowiązkowym elementem procedury cywilnej. Oto bowiem zapadł wyrok w głośnej (?) sprawie między Wojciechem Roszkowskim, autorem podręcznika do przedmiotu Historia i Teraźniejszość, a minister edukacji Barbarą Nowacką. I choć Roszkowski proces wygrał, to – jak przystało na kraj nad Wisłą – głównie… zapłaci za to z własnej kieszeni.

Brzmi absurdalnie? Spokojnie. To dopiero początek.

Wygrana, która smakuje jak porażka

Sąd Okręgowy w Warszawie uznał, że minister edukacji Barbara Nowacka naruszyła dobra osobiste profesora, mówiąc, że „na każdej stronie” jego podręcznika do HiT znajduje się kłamstwo. W związku z tym Nowacka ma opublikować przeprosiny na kanale Platformy Obywatelskiej na YouTube.

Czyli: Roszkowski miał rację. Jego dobre imię zostało naruszone.

Ale w polskim systemie sprawiedliwości nie ma nic za darmo – nawet racji.

Profesor domagał się przeprosin i 512 tys. zł odszkodowania (po 1000 zł za każdą stronę podręcznika). Sąd uznał jednak, że pieniądze się nie należą. Co więcej, w ramach rozliczenia kosztów procesu Nowacka ma zapłacić Roszkowskiemu… 1,3 tys. zł.

Natomiast Roszkowski musi zapłacić Nowackiej… 10,8 tys. zł.

Tak, dobrze czytacie.

W matematyce szkolnej oznaczałoby to mniej więcej tyle, że jeśli ktoś wygrał mecz 3:1, to powinien oddać przeciwnikowi puchar i dopłacić za wynajem boiska.

Licentia poetica, czyli sąd spotyka retorykę

W trakcie procesu minister Nowacka tłumaczyła, że jej słowa o „kłamstwie na każdej stronie” były jedynie figurą retoryczną – tak zwaną licentia poetica. Innymi słowy: nie należy jej brać dosłownie.

To ciekawy moment dla polskiego życia publicznego. Okazuje się bowiem, że polityk może powiedzieć o czyjejś pracy naukowej, że cała jest kłamstwem, a potem wyjaśnić, że to poezja.

Sąd przyznał Roszkowskiemu rację co do naruszenia dóbr osobistych, ale najwyraźniej uznał też, że poezja jest kosztownym hobby – szczególnie dla osoby, która została nią obrażona.

Logika procesu cywilnego

Wyrok ten pokazuje, że w polskim sądownictwie istnieje niezwykle subtelna filozofia sprawiedliwości.

Można ją streścić następująco:

  1. Jeśli ktoś cię obrazi publicznie – możesz mieć rację.
  2. Jeśli masz rację – sąd to potwierdzi.
  3. Jeśli sąd to potwierdzi – przeciwnik przeprosi.
  4. Ale jeśli chciałeś również odszkodowania, które sąd uzna za zbyt wysokie – zapłacisz więcej niż dostaniesz.

Innymi słowy: w polskim sądzie można wygrać sprawę i przegrać rachunek.

Idealna lekcja dla uczniów HiT

Cała sprawa jest zresztą doskonałą lekcją do przedmiotu Historia i Teraźniejszość.

Pokazuje bowiem uczniom, jak w praktyce funkcjonują instytucje państwa:
można zostać publicznie oskarżonym o kłamstwa, udowodnić w sądzie, że to nieprawda, a następnie zapłacić przeciwnikowi pięciocyfrową kwotę za przywilej dochodzenia sprawiedliwości.

Trudno o bardziej żywą ilustrację współczesnej rzeczywistości.

Sądowy Monty Python

Cała sytuacja przypomina nieco scenariusz skeczu: bohater przychodzi do sądu po sprawiedliwość, sąd przyznaje mu rację, po czym wystawia mu rachunek.

Można wręcz wyobrazić sobie dialog w stylu:

— Gratulujemy, wygrał pan proces.
— Wspaniale!
— Prosimy zapłacić 10 800 zł.

I tak oto polskie sądownictwo po raz kolejny pokazuje, że jest instytucją niezwykle kreatywną. Bo o ile sprawiedliwość bywa ślepa, o tyle w Polsce potrafi też być ironiczna.

A profesor Roszkowski może dziś powiedzieć jedno: wygrał proces.

I zapłacił za to całkiem sporo.

Bruksela wie lepiej. Zawsze.

Amerykańskie dokumenty, opublikowane niedawno i omawiane całkiem serio w debacie publicznej, opisują działania instytucji Unii Europejskiej wobec procesów wyborczych w kilku państwach członkowskich. Jeśli ich treść jest trafna, mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko „dialogiem o wartościach”. Mamy do czynienia z politycznym wpływem ubranym w język troski.

A przecież Unia nigdy nie ingeruje. Ona jedynie… koordynuje rzeczywistość.

To nie nacisk. To „mechanizm warunkowości”.

Gdy Komisja Europejska uzależnia wypłatę środków od spełnienia określonych standardów, to oczywiście nie jest presja. To troska o praworządność. Gdy przed wyborami publikowane są raporty podważające kierunek reform w danym kraju, to nie jest wpływanie na klimat polityczny. To transparentność.

A jeśli klimat polityczny akurat zmieni się na mniej przychylny rządowi? Cóż. Przypadek. Demokracja zadziałała.

Bo przecież trudno sobie wyobrazić, że wielomiliardowe fundusze, oficjalne komunikaty Komisji, rezolucje Parlamentu Europejskiego czy nagłe intensyfikacje procedur prawnych mogą wpływać na debatę publiczną w kraju tuż przed głosowaniem.

Wpływać? Skądże. One tylko istnieją.

Finansowanie społeczeństwa obywatelskiego – zupełnie neutralne

Dokumenty wskazują również na wsparcie dla organizacji pozarządowych i projektów prodemokratycznych w państwach, gdzie – według Brukseli – „standardy są zagrożone”. Co brzmi szlachetnie. I często takie jest.

Ale wyobraźmy sobie przez chwilę, że analogiczne działania podejmowałby rząd centralny wobec regionu rządzonego przez opozycję: finansowałby lokalne inicjatywy krytyczne wobec władz regionalnych, promował określony przekaz, wzmacniał „właściwe” narracje.

Czy nazwalibyśmy to neutralnym wsparciem obywatelskim?

Oczywiście w przypadku UE wszystko wygląda inaczej, bo tam nie ma polityki. Tam są wartości. A wartości, jak wiadomo, zawsze są obiektywne. Zwłaszcza te zapisane w komunikacie prasowym Komisji.

„Zaniepokojenie” jako narzędzie strategiczne

Unia Europejska dysponuje potężnym arsenałem: rezolucje, raporty, procedury naruszeniowe, Trybunał Sprawiedliwości, warunkowość finansowa. Wszystko to całkowicie niezwiązane z kalendarzem politycznym w państwach członkowskich. Jeśli coś dzieje się akurat przed wyborami – to czysty zbieg okoliczności.

Bo przecież instytucje unijne działają w próżni. Bez kontekstu. Bez świadomości, że ich komunikaty cytowane są przez opozycję w kampaniach. Bez refleksji, że informacja o zablokowanych miliardach euro może stać się tematem numer jeden w debacie wyborczej.

To nie wpływ. To echo.

Europa jako pedagog demokracji

Z dokumentów wyłania się obraz UE jako strażnika demokracji, który nie tylko pilnuje traktatów, ale także – gdy uzna to za konieczne – aktywnie modeluje warunki polityczne. Nie po to, by zmieniać wynik wyborów. Skądże. Tylko po to, by wyborcy mieli „pełną informację”.

A że ta informacja bywa jednostronnie krytyczna wobec konkretnych rządów? To dlatego, że rzeczywistość bywa jednostronnie problematyczna.

W tej logice Unia nie ingeruje w wybory. Ona je cywilizuje. Ustawia scenę. Koryguje oświetlenie. Czasem podsuwa rekwizyty. Aktorzy mogą grać, jak chcą – byle w odpowiednim świetle.

Gdzie kończy się standard, a zaczyna polityka?

Sedno problemu nie polega na tym, że UE reaguje na naruszenia prawa czy zasad traktatowych. To jej kompetencja. Pytanie brzmi: czy moment, intensywność i forma tych działań są całkowicie oderwane od realiów politycznych?

Jeśli dokumenty amerykańskie rzetelnie opisują sytuację, to wygląda na to, że granica między obroną standardów a wpływaniem na polityczną dynamikę bywa płynna. Bardzo płynna. Na tyle płynna, że trudno ją dostrzec bez lupy – albo bez publikacji zza oceanu.

Demokracja, ale pod nadzorem

W najbardziej sarkastycznym ujęciu można by powiedzieć, że Unia wierzy w demokrację bezgranicznie. O ile demokracja podejmuje właściwe decyzje. A jeśli nie – wtedy trzeba ją wesprzeć. Raportem. Procedurą. Zamrożonym funduszem. Albo trzema naraz.

Bo przecież nie chodzi o to, kto wygra wybory. Chodzi o to, by wygrała Europa. A Europa – jak wiadomo – ma swoją definicję tego, co jest europejskie.

I oczywiście wszystko to dzieje się w imię wyższych zasad. Transparentnie. Proceduralnie. Z odpowiednim logo i numerem sprawy.

To nie ingerencja.

To zarządzanie demokracją w wersji premium.

Banda łgarzy – ktoś wątpił?

Nie wiem, czy istnieje ktoś, kto posiada sprawny umysł, kto nie wątpił o łgarstwie rządu Tuska na każdym kroku. Rząd Morawieckiego wcale nie był o wiele lepszy pod tym względem. Wszyscy łgali obywatelom w żywe oczy, a jak przyszło co do czego, to w Brukseli klękali i brali w japę po same jaja.

Prezydencka kampania wyborcza trwa w najlepsze, „mainstreamowi” kandydaci prześcigają się w obietnicach, głupi naród łyka bez popitki. Tusk i jego przydupas Trzaskowski zarzekali się, że „pakt migracyjny to nie”. Szambo wybiło: Magnus Brunner, Unijny komisarz ds. migracji stwierdził, że Polska nie będzie wyłączona z paktu migracyjnego. Wcześniejsze zapewnienia Donalda Tuska o możliwym zwolnieniu Polski ze względu na przyjęcie uchodźców z Ukrainy okazują się fałszywe.

Ktoś jeszcze wierzy tym uśmiechniętym buźkom? Ktoś jeszcze wątpi, że ten uśmiech na ich ryjach to jest szyderstwo z obywateli?

Greta się w grobie przewraca…

… a może jeszcze nie?

W 2023 r. Polska odpowiadała za 0,7% globalnej emisji gazów cieplarnianych, Niemcy za 1,3%, Francja emitowała 0,75%, Hiszpania 0,55%. W tym samym czasie USA odpowiadały za 11,5% emisji, Chiny 30% a Indie 8%.

Czy idiokraci z ZSRE (Związek Socjalistycznych Republik Europejskich) naprawdę wierzą, że rozjebanie gospodarki Europy uratuje świat?