Barbarzyństwo czy konieczność?

Podobno (bo ja tam portalom powiązanym z gazeta.pl nie wierzyłbym zbytnio) Ameryka (czyli Stany Zjednoczone Ameryki Północnej) są podzielone w dyskusji, jaka wywiązała się wokół incydentu jaki miał miejsce podczas meczu baseballowego.

Czytając uważnie ten artykuł dowiadujemy się, że policjant (czyli stróż porządku, ten, który pilnuje, aby wszystko przebiegało zgodnie z prawem i ma może użyć do osiągnięcia  tego celu wszelkich dostępnych mu środków) potraktował paralizatorem jakiegoś smarkacza, który NIELEGALNIE (celowo wyróżniam to słowo) wtargnął na boisko przerywając imprezę. Ludzie zaczynają się zastanawiać, czy to było konieczne? A ja zadam pytanie następujące, czy ten niedorozwinięty półgłówek (określany przez media „fanem”) musiał łamać przepisy i wbiegać na boisko? Zastanówmy się co by było, gdyby to jakiś popaprany beżowy brudas-terrorysta wbiegł pomiędzy zawodników i zdetonował ładunek przechowywany (celem ukrycia go przed ochroną przy wejściu) w dupie? Czy wtedy ci sami ludzie, którzy teraz usiłują wyzywać policjanta od barbarzyńcy nie krzyczeliby: „Gdzie są ci pieprzeni policjanci? Czy nie płacimy im naszymi podatkami za ochronę?”

Wypada zastanowić się czego chcemy. Czy chcemy świata bezpiecznego, z którego eliminuje się jednostki stanowiące zagrożenie, które nie potrafią podporządkować się ogólnie panującym zasadom? Czy może wolimy żyć w wiecznym zagrożeniu, nerwowo oglądając się za siebie za każdym razem, kiedy usłyszymy własne pierdnięcie? Czy mamy pozwalać na łamanie prawa tylko dlatego, że utrzymanie porządku wymaga czasem brutalnych środków? Postawcie się w pozycji tego policjanta. Zauważył jakiegoś pojeba ganiającego zygzakami jak opętany i wymachującego jakąś szmatą – jak miał zareagować. Poprosić miłym, ciepłym głosem, aby ten zechciał łaskawie usunąć swoje parchate jestestwo z boiska? Na jednym z filmów (czas: 0:11 – patrz poniżej) wyraźnie widać, że policjant miał możliwość użycia paralizatora wcześniej – ale tego nie zrobił. Z całą pewnością próbował załatwić sprawę inaczej. Skoro jednak gówniarz miał policjanta w dupie, został potraktowany w adekwatny sposób. Dla mnie proste.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że głosy sprzeciwu pojawiają się pośród społeczeństwa amerykańskiego, które poszanowanie prawa stawiało do tej pory na najwyższym miejscu. Wygląda na to, że gangrena, która zeżarła Europę już dawno temu, dosięgnęła w końcu także Nowy Kontynent.

Nie płać za oprogramowanie!!!

BSA szacuje, że straty producentów oprogramowania spowodowane rozpowszechnianiem nielegalnego oprogramowania poprzez sieci BitTorrent oraz P2P wyniosły w pierwszej połowie 2009 r. prawie 1 mld USD.

Oto cytat z dzisiejszego artykułu na portalu chip.pl. Ta ciemniejsza masa zjadaczy internetu od razu pomyśli: „ci piraci to zło wcielone, zwyrodnialcy powinni zostać wykastrowani lub powieszeni za lewe jajco w samym centrum miasta tudzież wsi”.

Wszystko pięknie i ładnie, BSA została powołana do ochrony interesów producentów oprogramowania. I jak tylko może to je chroni. Za wszelką cenę. Po trupach.

Zawsze mnie zastanawiał jeden fakt. Statystyk mówiących o tym, że producenci oprogramowania na pirackim procederze tracą krocie jest mnóstwo. Każdy artykuł o tym traktujący jest nagłaśniany i umieszczany na pierwszych stronach gazet. Tytuł jest pisany wyraźnie grubszą czcionką, żeby przypadkiem nikt go nie przegapił. Stoją za tym grube miliony dolarów. Miliony, które najpierw użytkownicy wydają, żeby zakupić oprogramowanie. Niestety, z drugiej strony, opracowań mówiących ile to pieniędzy producenci oszczędzają na reklamie próżno szukać. Jeśli tylko jakaś uczelnia pokusi się o takie dzieło, jest to albo gaszone w zarodku, albo wrzucane malutkim drukiem gdzieś pośród ogłoszeń o przedłużaczach do penisów czy informacji o pogodzie w Burkina Faso (dawniej Republika Górnej Volty).

Nie twierdzę, że piractwo komputerowe jest złe. Wręcz przeciwnie, jestem jego przeciwnikiem (jednocześnie będąc oddanym sługą ruchu GNU mam ten problem z głowy). Tak samo jednak jestem przeciwnikiem demonizowania tego problemu za wszelką cenę. Widać, gdzie jest kasa i kto ma siłę lobbować na rzecz odpowiedniego traktowania pewnych przestępstw. Państwo chroni wielkie korporacje, które srają pieniędzmi, a osoby prywatne, które to generują większość przychodu do państwowej kasy, ma głęboko w dupie. A dlaczego? Bo politycy mają zaspokojone własne bieżące potrzeby przez te właśnie wielkie korporacje. Dlaczego policji nie chce się ścigać kretynów, którzy robią durne i upierdliwe kawały posiadaczom komórek (ostatnio dość popularny proceder)? Dlaczego policja boi się spuścić wpierdol bandytom stadionowym? Dlaczego niewinni policjanci giną włażąc na miny wokół chałupy mafiozów i nikt za to nie beka?

Ale za to mamy szumne artykuły prasowe o „zniszczeniu zagłębia piractwa”, czy „zamknięciu nielegalnej produkcji płyt na akademikach” (w tym samym czasie na drogach ginie kilkanaście osób, potrąconych przez pijanych skurwieli za kierownicą). I można puścić w „Wiadomościach” relację, jak to piękna Maryla R. wręcza dzielnym policjantom złote blachy (na groby zabitych w tym czasie niewinnych ludzi nikt, oprócz rodziny, kwiatów nie zaniesie).

A tymczasem, likwidując płotki, nie rozwiązuje się wcale problemu. Płotki są po to, żeby nikt policji nie skopał tyłków i żeby rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji mógł, pokazując pełną, białą klawiaturkę uzębienia, mógł poszczycić się kolejnym sukcesem w mediach. Natomiast prawdziwa machina piracka (ta o zasięgu międzynarodowym) kręci się dalej, ma się dobrze i nie obawia się działań skierowanych przeciwko sobie.

Wracając  jednak do tematu używania pirackiego oprogramowania powiem, że jestem święcie przekonany, iż sporo użytkowników nielegalnego oprogramowania w pewnym momencie zaczyna za nie płacić. Owszem, nie zapłacą szczyle z podstawówki, bo niby czym? Dupy dawać mają? No, może jakby te programy sprzedawała jakaś miła, ładna i młoda dziumdzia z dużymi cyckami, to sam bym się zgłosił, żeby za tych smarków zapłacić. W pewnym jednak momencie wyrasta się, mądrzeje i pewne rzeczy nabierają innego sensu. Zaczyna się zarabiać i zaczyna się inaczej myśleć o konieczności płacenia za pewne rzeczy. Także za oprogramowanie. Taki wyrośnięty szczeniak, który za młodu używał pewnych programów, albo poszuka ich darmowych alternatyw, albo kupi płatne wersje. Powiem więcej, rozreklamuje dobre choć płatne programy pośród swoich znajomych, którzy też je kupią. Czy za to któryś z producentów softu im zapłaci? Czy te opasłe kurwy w coraz to nowszych limuzynach odwdzięczą się tym ludziom za darmową reklamę? Reklamę, którą świadczy się im codzienne, 24 godziny na dobę, 365 (a czasem nawet 366) dni w roku? Tu z całą pewnością powiem: NIE. Ci ludzie nie zobaczą za to ani centa. Wręcz przeciwnie, będzie się o nich mówić piraci, złodzieje, bandyci (w czasie kiedy to piszę, paru ludzi dostało nożem pod żebra – władze mają to w dupie) i zwyrodnialcy. To firmy produkujące oprogramowanie nas okradają, to my jesteśmy waleni przez nie w dupę bez wazeliny. I zamiast słowa dziękuję, mamy więzienia i straszenie policją.

Dlatego jestem zwolennikiem otwarto-źródłowego oprogramowania i nikt mnie nie przekona, że za programy trzeba płacić. Żeby dodać powagi moim słowom dodam, że sam zarabiam na pisaniu oprogramowania.

Cienko idzie

Mój zapał okazał się niewystarczający. Rzekłbym wręcz, że jest cienki jak sik pająka. Widać to, słychać i czuć. Pamiętacie jeszcze pierwszy post jaki tu z dumą, zaraz po zakupie domeny, napisałem? Zapewne nie ale nic straconego. Jest trzy posty niżej. Jeśli nie boicie się zwichnięcia palca wskazującego od „ślizgania rolki” to zapraszam na dół. Jeśli już przeczytaliście go, albo pamiętacie, albo macie go głęboko w dupie, to i tak pokuszę się o podsumowanie. Bo to jest pierwszy post, który z całą stanowczością nadaje się do opublikowania tutaj. Krótko mówiąc sam sobie mogę zaśpiewać: „weź nie pierdol bejbe„.

Nie będę też obiecywał, że to się zmieni, bo znów będę zmuszony obsmarować samego siebie przy najbliższej okazji. A jeśli nawet udałoby się rozruszać to przedsięwzięcie – tym lepiej dla Was, którzy być może z ciekawości tu jeszcze zaglądacie.

Wielkie dzięki dla Elleandera za pierwszy komentarz.

Wasza kasa?

„Są dwie rzeczy bez granic: Wszechświat i ludzka głupota. Co do wszechświata jednak nie mam pewności” rzekł niegdyś Albert Einstein. Ja bym jednak dołożył do tejże, jakże mądrej i prawdziwej sentencji, słowo „naiwność”. Bo właśnie naiwnością najwyższej próby i ogromnego kalibru popisali się ętelygęci, którzy wymyślili (zapewne pocąc się przy tym i srając pod siebie z wysiłku) wspaniale irytującą, nową funkcjonalność popularnego (niestety) czegośtam społecznościowego o nazwie Wasza Kasa (tak, nazwa celowo przekręcona!!!). Od kliku dni dostaję miłe ich mać powiadomienia, przesyłane w dobrej wierze i z własnej i nie przymuszonej woli przez jakiegoś zasmarkanego robota o inteligencji spleśniałego kawałka sera. Niechże wolno mi będzie zaprezentować dwa obrazki, które poddam wnikliwej, acz krótkiej, analizie.

Jak zapewne widzicie, otrzymałem kilka (pięć) powiadomień. Każde z nich opatrzone w treści takim samym zdaniem. Informuje ono (to zdanie) o kolosalnej wręcz aktywności moich znajomych i jakże haniebnie niskiej nieaktywności mojej parszywej osoby. Ja się dziwię adminom, że pozwalają mi na ukrywanie się w głębokich czeluściach internetu i omijanie ich jakże wspaniałego i nowatorskiego portalu przez 2 dni z rzędu. Jak widać, nie odwiedzałem swojego profilu przez dwa dni dnia 29 marca, 1 kwietnia (dowcip?), 4 kwietnia, 7 kwietnia oraz 9 kwietnia. No jak raz powinienem być przeciągnięty gołą dupą po nieheblowanej desce (i to z 10 razy) za takie lekceważenie ciężkiej pracy twórców tego parsknięcia. Ale, ale… wróć… właśnie sobie coś przypomniałem… albo próbowałem przypomnieć. Kiedy to ostatni razy logowałem się do Waszej Kasy? Wujaszek Alzheimer skutecznie nie pozwala mi sobie tego przypomnieć. Albo było to aż tak dawno temu. Wierzcie mi albo nie (lata mi to koło pędzla) minął pewnie jakiś miesiąc albo i więcej odkąd ostatni raz moje pakiety nawiedziły serwery Waszej Kasy. Jeśli pomiędzy 1 a 4 kwietnia jest 2 dni albo tyleż samo pomiędzy 4 a 7 kwietnia to możecie mi mówić Zenon. Tak więc albo to ja liczyć nie potrafię, albo jakiś niedouczony naiwniak próbuje tanimi chwytami nabić sobie klików. Owszem, może te chwyty działają na target w jaki celuje WK (dzieci neo, niedorozwinięte brakujące ogniwa teorii Darwina, obleśni starcy szukający nastoletnich modelek, nad którymi mogliby poślinić się przez chwilę, podnosząc sobie tym samym ciśnienie tętnicze, czy też niewyruchane mamuśki, szukające 16-to letnich chłopców, którzy z przepełnionymi spermą jajami wydupczą wszystko co ma dziurę i na drzewo nie spierdala). Czy jednak osoba o inteligencji chociażby młodocianego gibona da się nabrać na taki numer? Powiedzcie: NIE. Dajcie mi powód do zadowolenia z faktu, iż jestem jednym z przedstawicieli gatunku homo sapiens. Podobnie jak Wy.